☾ Rozdział XIV

Màu nền
Font chữ
Font size
Chiều cao dòng


EVELINE

Drake znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki – równie olśniewający i przystojny, co i podczas spotkania w sklepie. Przyczaił się w cieniu jednego z większych, rozłożystych drzew, nonszalancko oparty o szorstką korę. Nosił się na czarno, na sobie mając czarną, skórzaną kurtkę, która starannie opinała jego dobrze, choć nieprzesadnie umięśniony tors. Ramiona zaplótł na piersiach, dzięki czemu wydał jej się jeszcze bardziej pociągający i... oszałamiający, bo z chwilą, w której usłyszała jego głos, poczuła się niewiele przytomniejsza niż ostatnim razem, kiedy rozmawiali ze sobą w księgarni.

I te jego oczy... Te oczy wydawały się utrudniać wszystko, dosłownie przyprawiając o zawroty głowy. Porażał ją czysty błękit jego tęczówek – tak lśniących, szczerych i hipnotyzujących.

Weź się w garść, kretynko! To tylko facet!, warknęła na siebie w duchu i niemalże roześmiała się histerycznie.

Tylko facet? Jej zdrowy rozsądek chyba raczył sobie żartować!

– Dzień dobry – wykrztusiła z opóźnieniem, sama siebie zaskakując tym, że jednak zdołała się odezwać.

Jakimś cudem udało jej się uciec wzrokiem gdzieś w bok, dzięki czemu trochę rozjaśniło jej się w głowie. Wciąż nie pojmowała emocji, które wzbudzał w niej ten mężczyzna – mieszanki fascynacji, zachwytu i niepokoju, choć źródła tego ostatniego w żaden sposób nie potrafiła w sobie sprecyzować. Nawet w świetle wstającego dnia, Drake miał w sobie coś oszałamiającego, co utrudniało przebywanie z nim sam na sam. Co więcej, ledwo o tym pomyślała, przypomniała sobie ostrzeżenie wyraźnie niechętnej przybyszowi Danielle i mimowolnie doszła do wniosku, że powinna mieć się na baczności.

Z drugiej strony... Niby dlaczego? Może i był dziwny, poza tym wciąż wprawiał ją w konsternację tym, jak się do niej zwracał, ale czy to oznaczało, że musiał być jej jakkolwiek niechętny albo niebezpieczny? Co prawda to nie tłumaczyło, co takiego robił o wschodzie w lesie, ale z równym powodzeniem ktoś mógł zacząć zastanawiać się nad tym samym w jej wypadku. Chyba nawet ją to fascynowało – to, że pod jakimkolwiek względem mogliby być podobni – choć wyciąganie jakichkolwiek wniosków, skoro go nie znała, wydawało się pozbawione jakiegokolwiek sensu.

– Bardzo się przy mnie spinasz, Eveline – zagaił pogodnym tonem Drake. Z jakiegoś powodu wzdrygnęła się, kiedy wypowiedział jej imię. – To przykre.

– Po prostu... przestraszyłeś mnie – przyznała, natychmiast decydując się zreflektować.

Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że jego twarz rozjaśnił olśniewający uśmiech. Nie miała pewności kiedy, ale wyprostował się i odsunąwszy od drzewa, zrobił kilka kroków w jej stronę, ostatecznie przystając na tyle blisko, by poczuła się osaczona, ale zarazem wciąż pozostając w cieniu.

– W takim razie proszę o wybaczenie – powiedział, kiwając jej głową. – Czy byłoby wielkim nietaktem z mojej strony, gdybym zapytał się, skąd wzięłaś się tu o tak wczesnej porze?

Nie czuła się szczególnie zdezorientowana tym, że mógłby zwracać się do niej na „ty" – w końcu wydawali się być w tym samym wieku. Bardziej zadziwiał ją sposób, w jaki się wysławiał, szarmancki i jakby żywcem wyjęty z innej epoki. W tamtej chwili mimowolnie pomyślała o swoim śnie, choć ten powoli zaczynał zanikać w jej umyśle, będąc niczym niewyraźny cień – coś, co wciąż była w stanie zaobserwować, ale nic ponadto. Z jakiegoś powodu poczuła smutek, kiedy uświadomiła sobie, że stopniowo zaczyna zapominać rysy twarzy ciemnowłosego mężczyzny z tamtej komnaty, ale prawie natychmiast przestała o tym myśleć; przecież to był tylko sen.

Ale Drake był prawdziwy i nie miała co do tego wątpliwości. Co więcej ciekawił ją, coraz bardziej i bardziej, chociaż próbowała otrząsnąć się na tyle, by przestać się zachowywać jak jakaś idiotka. To wciąż nie było aż takie proste, jak mogłaby tego oczekiwać, ale w jakimś stopniu myślenie o mężczyźnie z tamtego snu i ignorowanie tych pięknych, niebieskich oczu pomagało.

Być może to było wyłącznie jej wrażenie, ale zauważyła, że przez twarz Drake'a przemknął ledwo zauważalny cień.

– Czasami mam problem ze snem. – Jej głos zabrzmiał lekko i całkiem pewnie, co przyjęła z ulgą. Najważniejsze było to, że nie musiała ryzykować, że jakkolwiek się przed nim zdradzi. – Już i tak nie zasnę, więc postanowiłam rozejrzeć się po okolicy... Kiedy byłam mała, gdzieś tu rosło pole lawendy – dodała z przekonaniem.

Nie wspomniała mu o Belli, dochodząc do wniosku, że to, gdzie nocowała, stanowiło najmniej istotną kwestię. Był miły i – nie ukrywajmy – cholernie przystojny, ale to jeszcze nie znaczyło, że była mu winna jakiekolwiek wyjaśnienia, nie sądziła zresztą, by sam zainteresowany ich oczekiwał. Rozmawiali ze sobą raptem drugi raz, więc tym bardziej nie widziała powodu, dla którego miałaby mu się zwierzać.

– To takie... niezwykle sentymentalne – zauważył z bladym uśmiechem Drake.

– Być może – przyznała bez większego zainteresowania. – A ty...?

Wzruszył ramionami.

– Ja najpewniej miałem wyjątkowe szczęście trafić na piękną kobietę w tak nietypowych okolicznościach – oznajmił wymijająco. Nawet pomimo obecności pięknych słówek zorientowała się, że nie był chętny zdradzić jej celu swojej wizyty, co z miejsca wprawiło ją w konsternację, choć trochę umniejszając dotychczasowy zachwyt. Znowu poczuła się zaniepokojona, choć przynajmniej w teorii nie miała po temu powodów. – Wciąż ubolewam nad tym, jak skończyła się nasza ostatnia rozmowa

– Danielle jest odrobinę przewrażliwiona – wyjaśniła Eve, ostrożnie dobierając słowa – ale to cudowna kobieta.

– Och, nie wątpię – rzucił Drake, ale z jakiegoś powodu mu nie uwierzyła. – Ale to teraz najmniej ważne. Czy nie miałabyś nic przeciwko temu, bym towarzyszył ci w porannym spacerze? – zapytał wprost, zachęcającym gestem wyciągając ramię w jej stronę.

Spojrzała na niego w oszołomieniu, kolejny raz oczarowana i zarazem zadziwiona jego zachowaniem. Nie miała pojęcia, skąd się urwał, ale jedno było pewne: bez wątpienia potrafił owinąć sobie wokół palca niejedną kobietę. Mimowolnie pomyślała o tym, że być może nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak silnie reagowała na jego zachowanie płeć przeciwna... A może wręcz przeciwnie – wiedział i z przyjemnością to wykorzystywał.

Popatrzyła na jego ramię, ogarnięta silnym pragnieniem, by natychmiast przesunąć się bliżej i pozwolić mu na to, czego oczekiwał. To był spacer, prawda? Co złego mogło być w tym, że pozwoliłaby mu się oprowadzić, tym bardziej, że nie znała okolicy? Przecież żadne z nich do niczego się nie zobowiązywało, choć nie mogła zaprzeczyć, że okoliczności były dość zastanawiające. Świt miał to do siebie, że wprawiał w dość osobliwy nastrój, bardzo sprzyjający kontemplacji oraz... niewątpliwie kochankom.

Och, przecież to idiotyczne...

– Więc? – ponaglił ją Drake, tym samym uprzytomniając Eveline, że bezsensownie traciła czas. – Będzie mi bardzo miło.

Westchnęła, po czym zrobiła krok w stronę mężczyzny, pozwalając żeby ujął ją pod ramię. Z miejsca otoczył ją jego oszałamiający, wyjątkowy zapach – to cudowne piżmo, przywodzące jej na myśl drogie perfumy, których cena bez wątpienia niejednego przyprawiłaby o zawroty głowy. Sam uścisk okazał się silny i sprawił, że wszelakie obawy zniknęły, a ona poczuła się po prostu bezpiecznie, to jednak nie wydało jej się szczególnie dziwne. Niby dlaczego miałoby takie być, skoro nie istniał żaden sensowny powód, dla którego miałaby się obawiać swojego towarzysza?

Zauważyła, że na ustach mężczyzny z wolna pojawia się olśniewający, wdzięczny uśmiech. Odwzajemniła go, próbując zmusić swoje ciało do współpracy i choć trochę się rozluźnić. Nie była przyzwyczajona do przebywania z mężczyznami, poniekąd dlatego, że dotychczas sama trzymała ich na dystans, tak jak i wszystkich innych, którzy próbowali się do niej zbliżyć. Przeprowadzka do Haven miała to zmienić – być jej ucieczką i okazją do tego, żeby nareszcie zacząć na nowo, nawet jeśli za cel swojej podróży obrała miejsce, gdzie niejako wszystko się zaczęło. Bella, Danielle... Drake. Znała ich krótko, praktycznie wcale, ale dlaczego już na wstępie miałaby próbować się na którekolwiek z nich zamykać, skoro być może nareszcie miała okazję do tego, żeby zacząć normalnie żyć? Potrzebowała tego, zwłaszcza teraz, kiedy nawet samotność zaczynała jawić się jako coś absolutnie niepożądanego.

Zamyśliła się, Drake jednak nie skomentował tego nawet słowem. Oboje milczeli, kiedy zdecydowali się ruszyć w głąb lasu, wciąż trzymając się prostej, wytyczonej ścieżki. Z czasem Eveline zaczęła się rozluźniać, co pozwoliło jej odgonić od siebie niechciane myśli, a w zamian skoncentrować się na tym, co działo się wokół niej. Uważnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, próbując zapoznać się z okolicą, tym bardziej, że nie mogła przez cały ten czas być zdana na łaskę albo niełaskę swojego towarzysza. Lubiła niezależność, może nawet bardziej niż innych ludzi, a otaczający okolicę las miał od tego czasu stać się częścią jej rzeczywistości, więc tym bardziej musiała się z nim zapoznać.

Milczeli dobry kwadrans, zanim znowu zaczęła czuć narastający niepokój. Spojrzała na milczącego Drake'a, po czym bezwiednie zatrzymała się, tym samym zmuszając go do tego samego. Wciąż trzymali się ścieżki, ale po kierunku, który obrał mężczyzna, momentalnie zorientowała się, że zamierzał wejść w gęstwinę, a to niekoniecznie jej odpowiadało.

– Może się nie znam, ale lawenda raczej nie będzie rosła w głębi lasu – odezwała się ze spokojem.

Drake westchnął, ale nawet wtedy udało mu się zdobyć na miły, cierpliwy uśmiech.

– W istocie. Och, wybacz, mogłem zapytać – powiedział i zawahał się na moment. – Pomyślałem po prostu, że skoro już oprowadzam cię po okolicy, mogę ci pokazać kilka innych miejsc. Tu, niedaleko, znajduje się chociażby piękna polana, która...

– Jakoś nie sądzę – przerwała mu niemal gniewnie. Natychmiast zamilkł, zresztą tak jak i ona sama, zaskoczona tonem swojego głosu. Nie chciała być aż tak nieuprzejma, ale obawy i dezorientacja zrobiły swoje. – To znaczy... Może kiedy indziej. Jakoś nie mam nastroju na jakiekolwiek długie spacery – wyjaśniła próbując się zreflektować, ale nie była pewna jak jej to wyszło.

Tym razem wyraźnie zauważyła, jak Drake krzywi się i nerwowo zaciska usta. To było idiotyczne, ale patrząc na niego w tamtej chwili, odniosła wrażenie, że właśnie udało się jej go zdenerwować – i to w znaczącym stopniu. Mimowolnie napięła mięśnie, nagle zaczynając żałować tego, że znalazła się aż tak blisko niego i że pozwalała mu się dotykać, wręcz spodziewając się tego, że mężczyzna za moment zrobi coś... wyjątkowo nieprzewidywalnego. Serce zabiło jej szybciej, nagle zaczynając walić tak mocno i szybko, że była gotowa wręcz przysiąc, że on był w stanie je usłyszeć. Zrobiło jej się gorąco, a panika chwyciła ją za gardło, zdradzając emocje, których zdecydowanie nie chciała okazywać i chyba wciąż nie rozumiała.

Coś zaszeleściło łagodnie, gdzieś w gęstwinie, ale poza zasięgiem jej wzroku. To musiał być ptak albo jakieś zwierzę, chociaż nie miała okazji tego sprawdzić. Wciąż czuła się zaniepokojona, choć nie tym, co mogłaby zobaczyć, gdyby jednak zdecydowała się zajrzeć pomiędzy rosnące blisko siebie drzewa. Jakby tego było mało, chyba naprawdę zaczynała popadać w paranoję, bo przez chwilę była gotowa przysiąc, że ona i jej towarzysz są obserwowani, poza tym...

Dziwne wrażenie zniknęło równie nagle, co i się pojawiło, pozostawiając wyłącznie niejasne poczucie dezorientacji.

Przez kilka sekund nic się nie działo, a potem poczucie tego, że Drake za moment ją uderzy albo na siłę pociągnie za sobą zniknęło, kiedy twarz mężczyzny ponownie rozjaśnił uśmiech. Wciąż miała wrażenie, że jest w tym geście coś wymuszonego – pięknego, ale sztucznego, tak jak i on sam – ale zdecydowała się to zignorować, mimo wszystko uspokojona.

– Naturalnie – odezwał się ponownie Drake, wycofując się na ścieżkę. – Może to faktycznie nie jest taki dobry pomysł. W takim razie chodźmy tędy – zaproponował i tym razem nie próbowała oponować.

Nie odezwała się nawet słowem, zresztą jakiekolwiek tłumaczenia czy uwagi wydały jej się zbędne. Miała ochotę obejrzeć się przez ramię albo przynajmniej dla pewności rozejrzeć, ale nie zrobiła tego, w zamian pośpiesznie oddalając się z niepokojącego ją miejsca. Korciło ją, by dla pewności zapytać Drake'a, co tak naprawdę chciał jej pokazać, ale i na to się nie zdobyła, dochodząc do wniosku, że wcale nie chce tego wiedzieć. Te lasy były dziwne, wręcz niepokojące – czuła to całą sobą, woląc nie zastanawiać się nad tym, skąd brało się takie wrażenie.

Miała pewne obawy co do tego, czy w trakcie drogi Drake znowu nie zdecyduje się bez pytania zmienić trasy, ale uspokoił ją widok coraz rzadziej rosnących drzew. Jej towarzysz nie zaprotestował, kiedy wyrwała się naprzód, napawając nikłym ciepłem promieni słonecznych, które musnęły skórę jej twarzy i kark. Wiedziała, że w Haven trudno o w miarę słoneczny dzień i że prędzej czy później znów zacznie się chmurzyć, dlatego tym bardziej zamierzała skorzystać z okazji, by choć trochę pobyć na zewnątrz. Co dziwne, Drake nie wydawał się tą perspektywą szczególnie zachwycony, wciąż woląc trzymać się w cieniu, przez co w krótkim czasie został w znacznej odległości od niej. Rzuciła mu wymowne, pytające spojrzenie, ale naturalnie nie otrzymała odpowiedzi na niezadane pytanie, które zawisło gdzieś pomiędzy nimi. No cóż, nie zamierzała naciskać, choć niechęć do słońca bez wątpienia tłumaczyłaby to, dlaczego mężczyzna był aż taki blady.

W powietrzu wciąż unosił się znajomy, przyjemny zapach, który pamiętała z dzieciństwa. Samo pole okazało się ogromne, choć jako dziecko zapamiętała je jako o wiele większe – całe morze fioletowych kwiatów, które łagodnie kołysały się na wietrze. Pomimo pory roku, licznych deszczów oraz opadów śniegu, które powitały ją w dniu, w którym wróciła do Haven, wciąż była w stanie dostrzec oznaki koloru – już nie tak intensywne i wyjątkowe, jak w jej wspomnieniach, ale jednak. Mimowolne uśmiechnęła się, przypatrując się częściowo uschniętym już roślinom, które pokrywały niemalże każdy skrawek wolnej przestrzeni. Natura wciąż nie przestawała jej zadziwiać, zwłaszcza w sytuacji, w której wydawała się nienaruszona przez człowieka. W okolicy nie widziała żadnego domu czy drogi – po prostu rośliny oraz dalszy ciąg lasu, majaczący gdzieś w oddali i tuż za jej plecami. Otwarte pole wolnej przestrzeni, ciągnące się aż do granic jej pola widzenia, jakże odmienne od zaludnionych, pełnych spalin i rozwijającej się techniki miast.

Właśnie to wyróżniało Haven, jakby samo położenie i klimat nie wydawały się wystarczająco odmienne. Było niczym wyspa pośrodku nicości, choć takie określenie wydało jej się co najmniej dziwne. Bardziej adekwatne wydawało się to, że... było dzikie – właśnie takie, pod każdym względem inne i jakby zastygłe w czasie. To było dobre, nawet jeśli przez obecność lasów, rozwlekłość niektórych miejsc oraz odległość, która dzieliła ją od prawdziwego, normalnego miasta, można było poczuć się naprawdę klaustrofobicznie.

– Dziękuję – powiedziała cicho. Bezwiednie przeszła kilka kroków naprzód, wchodząc pomiędzy uśpione rośliny i pozwalając na to, żeby suche gałązki muskały jej uda. W tamtej chwili zamarzyło jej się to, żeby znaleźć się w tym miejscu w samym środku lata, najlepiej w letniej sukience, dzięki której mogłaby swobodnie cieszyć się promieniami słońca oraz roślinnością, które łagodnie muskałyby jej skórę. – Bardzo chciałam tutaj przyjść, bo... – zaczęła, ostrożnie obracając się w stronę Drake'a.

A potem zamilkła, uświadamiając sobie, że jest sama.

Uniosła brwi, cofając się do skraju lasu, ale już w tamtej chwili wiedziała, że mężczyzna najzwyczajniej w świecie zostawił ją samą, być może urażony tym, jak potraktowała go wcześniej. Z jakiegoś powodu w tamtej chwili poczuła, że robi jej się zimno, co mogło mieć związek z panującym o świcie chłodem, ale podświadomie wyczuła, że to coś więcej. Włoski na ramionach i karku jak na zawołanie stanęły jej dęba sprawiając, że poczuła się tak, jakby po raz kolejny ktoś ją obserwował – z tym, że nikogo nie było.

– Och, świetnie... – mruknęła pod nosem, równie zaskoczona, co i rozdrażniona. – Po prostu super...

Mruczała coś jeszcze, przez chwilę wahając się nad tym, czy powinna zawrócić i dla pewności poszukać Drake'a, by go przeprosić, jednak prawie natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Trzymaj się światła, pomyślała mimochodem i z jakiegoś powodu ta opcja wydała jej się najwłaściwsza i najbezpieczniejsza, choć sama nie była pewna, jaki był w niej sens. Swoją drogą, to brzmiało trochę jak coś, co mogłaby jej powiedzieć Danielle, choć pewnie pomyślała o niej dlatego, że ta już wcześniej okazała niechęć względem Drake'a.

Wciąż rozważała wszystkie za i przeciw, ostatecznie decydując się rozejrzeć po polu. Uśpione czy też nie, wprawiło ją w dość przyjemny stan rozluźnienia, przywodząc te dobre, nieprzytłaczające wspomnienia. Zwłaszcza o wschodzie doświadczenie okazało się wyjątkowe i nader pożądane, pozwalając jej choć na moment zapomnieć o wszystkich towarzyszących jej stresach. Chyba naprawdę tego potrzebowała, chociaż w ten sposób nadal nie była bliższa tego, by określić, co powinna sądzić o swoich snach, domu Nightów oraz – tak na dobre zakończenie listy ewentualnych problemów – zachowaniu Drake'a. Cóż, facet był równie przystojny, co i dziwny, a przynajmniej do takich zaczynała dochodzić wniosków.

Straciła poczucie czasu, ale to nie wydało jej się złe. W gruncie rzeczy nie zwracała uwagi na to, ile czasu spędziła na bezcelowym przechadzaniu się po okolicy, póki nie usłyszała charakterystycznego, znajomego już tętentu zmierzającego ku niej konia.

– Eveline! – rzuciła z wyrzutem Bella i wszystko stało się jasne.

Dziewczyna wciąż wydawała się blada i zaspana, ale to nie przeszkadzało jej w pewnym trzymaniu się w siodle. Ciemne włosy miała w nieładzie, a kowbojski kapelusz (Naprawdę, Bello?, przeszło jej w tamtej chwili przez głowę, ale powstrzymała się od śmiechu. To zresztą w jakiś pokrętny sposób do jej sąsiadki pasowało, podkreślając już i tak łatwo zapadające w pamięć rysy twarzy.) rzucał długie cienie na policzki jeźdźczyni. Bez większego wysiłku panowała nad koniem, dzięki czemu w kilka chwil zrównała się z Eve, nakłaniając zwierzę do tego, żeby zwolniło i dostosowało się to tempa z jakim ta posuwała się naprzód.

– Cześć, Śpiąca Królewno – powiedziała w ramach powitania, ale Belli chyba wyjątkowo nie było do śmiechu.

– Dlaczego wyszłaś tak bez słowa? Myślałam, że padnę, jak zauważyłam, że nie ma cię ani u mnie, ani u siebie w domu – oznajmiła z powagą dziewczyna. Eveline wymownie uniosła brwi ku górze. – No nie patrz tak na mnie. Po prostu się zmartwiłam – dodała już spokojniejszym tonem.

Och, musiała przyznać, że to było miłe. W końcu mało kiedy zdarzała się osoba, która już po krótkiej znajomości naprawdę zaczynałaby się troszczyć.

– Wyszłam na spacer. Kiedyś muszę nauczyć się poruszać po okolicy – wyjaśnia, siląc się na cierpliwość. – Zresztą spotkałam kogoś.

– Doprawdy? – Bella rzuciła jej bliżej nieokreślone, zaciekawione spojrzenie.

– Aha. – Zawahała się na moment, po czym zdecydowała się dokończyć: – Znasz może Drake'a Stearnsa? – zaryzykowała, a dziewczyna na końcu wyprostowała się tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie spadła z konia.

– Och... Drake'a? – rzuciła dziwnie piskliwym głosem. – Taak... Tak, czasem kręci się po mieście – przyznała już bardziej opanowanym tonem. Mocniej zacisnęła dłonie na uprzęży, po czym wprawnym ruchem nakłoniła konia do tego, żeby się zatrzymał. – Wsiadasz? Nie martw się, już jeździłam z dodatkowym obciążeniem – powiedziała, a Eve prychnęła. – Tak będzie szybciej, a ja mam ochotę na śniadanie – oznajmiła pogodnym tonem, najwyraźniej zaczynając odzyskiwać dobry nastrój.

Eveline wywróciła oczami, dochodząc do wniosku, że Bella jest jedną z osób, z którymi lepiej się nie kłócić. Wzruszyła ramionami, po czym chcąc nie chcąc podeszła bliżej konia, uważnie oglądając zwierzę i próbując stwierdzić jak niby miała na nie wsiąść.

Nie skomentowała tego nawet słowem, ale czuła, że za tym, że Bella tak nagle zmieniła temat, zdecydowanie kryło się coś więcej.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen2U.Pro