CHAPTER 9

Màu nền
Font chữ
Font size
Chiều cao dòng


Śniłam sobie o tym jak Sebastian kupował lateksowe różowe spodnie, gdy coś lub ktoś mnie obudził. Otworzyłam oczy, a nade mną z miną niewiniątka wisiał Rachel. Składał czułe pocałunki na moim dekolcie w ogóle nie przejmując się moją reakcją na to. Wstrzymałam oddech, kiedy kolanem rozwarł moje uda. Z zawadiackim uśmiechem sunął nosem między moimi piersiami.

- Seks czy śniadanie? – zamruczał.

Uniosłam biodra ochoczo.

- Dobry wybór – językiem przejechał po moim brzuchu, jęknęłam cicho.

*

- Takie pobudki możesz robić mi częściej – uśmiechając się zakładałam właśnie płaszcz. Bolan aktualnie sprzątał po naszym śniadaniu, reszta zespołu jeszcze się nie pojawiła.

- Wychodzisz gdzieś? – spytał zdezorientowany.

- Do pracy, kochanie. Do pracy – odwróciłam się do lustra rzucając ostatnie spojrzenie na swój wygląd.

 - Skoro musisz, my mamy dzisiaj spotkanie w Atlantic Records. Nie wiem o co chodzi, ale nie wypada nie przyjść – podszedł do mnie.

Pogładziłam go po policzku.

- Jeśli chcesz to wpadnij po mnie o szóstej.

- Jeszcze się pytasz, miłego dnia – pocałował mnie czule.

Wyszłam zamykając za sobą drzwi. Będąc przy bramie Rachel wyskoczył z domu.

- Gdzie ty w ogóle pracujesz?! – krzyknął.

- W muzycznym na Sunset – powiedziałam śmiejąc się głośno.

Pokręciłam głową i ruszyłam w stronę centrum.

*

Po wytłumaczeniu Johnowi dlaczego nie pojawiałam się w sklepie przez ten czas okazał się niezwykle wyrozumiały, kompletnie nie wiedziałam co nim kierowało. Nie było mnie jakiś miesiąc z kawałkiem! Po prostu uwielbiam mojego szefa. Przebrana w firmową koszulkę mogłam wziąć się do pracy.

Przez nawał klientów w ciągu dnia nie mogłam zrobić sobie nawet przerwy na lunch. Chociaż nie narzekałam, dowiedziałam się sporo o nowej linii Gibsonów jaka wyjdzie pod koniec miesiąca. Muszę powiedzieć o tym Slashowi, na pewno będzie zainteresowany. Na samą myśl o nim przebiegł mnie dreszcz. Dopiero teraz doszło do mnie, że nawet się z nim nie pożegnałam. Potraktowałam go bezczelnie wyciągając od niego adres. Troszczył się o mnie i dbał, muszę się mu jakoś zrekompensować. Niestety nie miałam więcej czasu by o tym myśleć, ponieważ kolejny klient prosił o pomoc w wyborze gitary. Wyglądał na początkującego muzyka, który chciał spełnić marzenia. Zmęczona, ale z miłym uśmiechem skierowałam się z nim na dział z instrumentami.

*

Pod wieczór byłam wykończona, ale zadowolona że wreszcie mogłam się czymś zająć. Zwariowałabym w domu. W sumie to gdyby był tam ze mną Rachel... on pewnie znalazłby nam jakieś ciekawe zajęcie. Aż przed oczami stanęła mi dzisiejsza noc, mimowolnie się wyszczerzyłam opierając o półki z płytami winylowymi. Taką właśnie zastał mnie John niosący karton z kasetami.

- A ty co taka rozmarzona? – zaśmiał się widząc moją minę.

Westchnęłam teatralnie.

- Chyba miłość.

Zatrzymał się z kasetami Black Sabbath w ręce.

- Właśnie, ktoś na ciebie czeka przy... - nawet nie skończył zdania, a ja już pędziłam w stronę drzwi wyjściowych. Gdy go ujrzałam zaparło mi dech w piersiach. Stał oparty o ladę w nonszalanckiej pozycji. Ubrany w obcisłe czarne spodnie, zwykłą białą koszulkę oraz narzuconą na nią ramoneskę. Wyglądał normalnie, ale inaczej niż zwykle. Gdy mnie zobaczył na jego przystojnej twarzy zakwitł szeroki uśmiech.

- Cześć kochanie – dał mi buziaka na powitanie, którego chętnie odwzajemniłam.

- Gdzie masz glany? – spytałam zdziwiona widząc na jego nogach czarne conversy. Spojrzałam mu głęboko w oczy.

- Też się cieszę, że cię widzę – poczochrał mi włosy.

Uśmiechnęłam się i poprawiłam fryzurę.

- Tylko się przebiorę i mogę iść.

Zlustrował mój biust opięty w firmową koszulkę. Uniósł brew ku górze zagryzając wargę. Kiedy się tylko odwróciłam klepnął mnie mocno w pośladek.

- Aaa! – pisnęłam i prędko ruszyłam do szatni. Szybko odwiesiłam koszulkę i narzuciłam swoją z Depeche Mode. Chwyciłam w locie płaszcz i torbę.

Mijając Johna stojącego za ladą pomachałam mu na pożegnanie.

- Gdzie ty znajdujesz tych wszystkich facetów? – pokręcił głową z uśmiechem.

Wzruszyłam ramionami spoglądając na Bolana. On też się śmiał. Pomógł ubrać mi płaszcz, po czym wyszliśmy na świeże powietrze. Wciągnęłam je głęboko w płuca. Chwyciliśmy się za dłonie i skierowaliśmy powoli w stronę parku. Mijały nas w nim bawiące się dzieci, szczęśliwe małżeństwa, grupy przyjaciół. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pośrodku tego wszystkiego siedzieliśmy my, bez żadnych konkretnych planów i zaplanowanej przyszłości. Ja nawet nie wiem czy jesteśmy razem! Niby się tak zachowujemy, lecz oficjalnie Rachel nie wyszedł z żadną propozycją.

- Co się stało? – objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.

- Nic, dobija mnie ta sielanka dookoła – mruknęłam niechętnie, krępując się spojrzeć mu w oczy.

Rozejrzał się obojętnym wzrokiem.

- Szczęśliwi ludzie – złapał moją dłoń i ją pocałował. – Jak my.

Rzuciłam mu spojrzenie pełne niepewności. On to serio powiedział? Nie byłam w pełni zadowolona ze swojego życia. Brat mnie nienawidzi, odwróciłam się od przyjaciół zostawiając ich dla faceta, którego znam tylko kilka dni. Nawet nie odezwałam się do Hudsona... o kurwa! Muszę się z nim spotkać, zadzwonić, cokolwiek! Pewnie się o mnie martwi. Aż mi się go szkoda zrobiło.

- Hm? Oh... wybacz, zamyśliłam się – machnęłam głową, jakbym chciała żeby uleciały z niej wszystkie nieprzyjemne myśli. – Tak, mamy siebie.

Szepnęłam cicho i uśmiechnęłam się pokrzepiająco do Rachela.

- Martwisz się czymś – stwierdził, po czym złapał mnie za podbródek chcąc bym na niego spojrzała.

- Po prostu mam wyrzuty sumienia, że tak potraktowałam Slasha. Nawet nie zamieniłam z nim słowa po całym zajściu. Co ze mnie za przyjaciółka! – przytuliłam się do basisty szukając w nim choć trochę pocieszenia.

Kołysał mnie w swoich ramionach i gładził po włosach. Z każdą chwilą napięcie malało, aż mogłam już normalnie myśleć.

- Będziesz miała okazję, bo w sobotę robimy imprezę. Gunsi są oczywiście zaproszeni. No już, uśmiechnij się! – dalej miałam na twarzy grymas niezadowolenia. – Nie? To nie.

Chwycił mnie wpół i przerzucił sobie przez ramię jak worek. Dzieciaki widząc jak piszczę i śmieje się spoglądały na nas z takim dziwnym zafascynowaniem. Klepnęłam go w tyłek, w czym on nie pozostał mi dłużny. Krzyknęłam zaskoczona. Ah, te ręce basistów.

- Puść! – machałam nogami i wierzgałam się cała niespokojnie. Łzy spowodowane śmiechem napłynęły mi do oczu rozmazując lekko makijaż. Powoli uniósł mnie nad siebie i pozwolił bym mogła się osunąć po jego umięśnionym, wspaniałym ciele. Oddychałam szybko, a serce kołatało mi w piersi.

Gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, poczułam się pewniej. Nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, bądź też ciał. Uśmiechnęłam się słodko, ukazując dołeczki. Złożył czuły pocałunek na moich ustach, który był całkiem przyzwoity jak na miejsce, w którym się znajdowaliśmy. Oderwałam się od niego po chwili.

- Idziemy do domu, muszę zrobić kolację dla wygłodniałych wilków – skwitowałam, po czym ruszyliśmy w stronę domu Skidów.

- Jesteś niesamowita, tyle robisz choć nikt cię do tego nie zmusza. Jesteś aniołem, nie zasługuję na ciebie – powiedział cicho, jakby nie wierząc w to co mówi.

- Dramatyzujesz, kochanie.


___________________________________

Jeszcze tylko trzy egzaminy w sesji i koniec! Jutro piszę jeden z nich, trzymajcie kciuki mocno a wstawię kolejny rozdział x 

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen2U.Pro